W sobotę wybraliśmy się ze znajomymi na występ Roni’ego Size’a (chyba tak po polsku powinno sie napisać). Jeden z czołowych producentów gatunku Drum’n'Bass zagościl w Dublinie, a jego występ odbył się w Temple Bar Music Centre. Miejsce bardzo dobre na koncerty i wieksze imprezy ze względu oczywiście na wielkość, ale też na dużą scenę i dobre nagłośnienie.
Umówiłem się z Robertem Siwym Nowakiem pod tzw. “Szpilą” (oryg. Spike) w centrum miasta. Ja jak zwykle punktualnie, Siwy prawie jak zwykle spóźniony. Bagatela 50 minut!!! Najbardziej wkurzające było to, że zamiast powiedziec wcześniej “Słuchaj, przestawmy spotkanie na godzinę później”, to co kilka minut w telefonie słyszalem “Będę za 10-15 minut”. Ten facet się nigdy nie nauczy.
W końcu łaskawie dotarł, wydzieliłem mu soczystego zasłużonego kopa i poszliśmy na piwo do Porter House Pub. Wybrałem to miejsce ze wzgledu na kilka naprawdę oryginalnych rodzajów piwa jakie tam serwują. Po dwóch browarkach trzeba było się zabrać na koncert. Na szczęście to prawie na tej samej ulicy. Przy wejściu nieco zaskoczyła nas może nie sama dlugość kolejki, ale to, że większość ludzi w niej ustawionych mówiła po polsku, czesku i słowacku! Może co dziesiąty był Irlandczykiem. Kiedyś to Wielka Brytania była stolicą Drum’n'Bass, w końcu stamtąd to pochodzi, ale teraz widzę, że zdecydowanie środkowa i wschodnia Europa w tym przoduje. Nawet poczułem niewielką dumę.
Bilety mieliśmy zamówione przez internet, a potwierdzenie zamówienia przy sobie. Nauczeni polskim postępowaniem niektórych organizatorów, zastanawialiśmy się czy nie będzie jakiegoś wałka z tymi biletami, ale na szczęście wszystko było pięknie i grzecznie. W środku było sporo ludzi, a muzykę bylo słychac juz na górze. Atmosferę podgrzewał jakiś DJ, który nie był nawet wymieniony na plakacie, a grał naprawdę dobrze. Równo zgrywał kawałki, a dobór repertuaru miał jeszcze lepszy.
Po około dwóch godzinach na scene weszła gwiazda, czyli sam Roni Size. Ludzie przywitali go gorąco oklaskami, wyciem i gwizdami (tymi pozytywnymi). Rozpoczął swój secik i ku mojemu niestety niemiłemu zaskoczeniu (o zgrozo!) uslyszałem chyba losowo dobrane kawałki. Ani nie było w tym początku ani końca. Żadnego rozkręcenia klimatu. Po prostu chyba grał to co mu podleciało pod rękę. Znajomi, którzy mieli okazję go posłuchać na Creamfields, mnie ostrzegali. Chaos, chaos i jeszcze raz chaos! Raz szybciej, raz wolniej, raz wokalowo, raz łamana jungle’owa sieczka. Po dosłownie kilku, może kilkunastu kawałkach mi się znudziło, więc zaczalem łazić to do baru, to na taras, żeby tylko jakoś wytrzymać do końca i ze znajomymi zabrać się do domu. Niestety nie po raz pierwszy się okazało, że koleś, który jest niesamowitym producentem i muzykiem, jest tak słabym DJ’em, że przyprawia o mdłości.
Gdy wyszliśmy z klubu, wreszcie odetchnąłem. Udaliśmy się w kierunku przystanków, gdzie Siwemu udało się złapać niemal natychmiast nocny autobus do domu, natomiast ja próbowałem kompletnie bezskutecznie złapać jakas taksówke w moją stronę. Niestety trafiłem na porę, kiedy wszyscy opuszczają lokale, bo akurat o tej godzinie są zamykane, więc złapanie taksy graniczyło z cudem. Z centrum do domu mam dystans okolo 8km. Nie zrażając się ruszyłem na piechotę machając co jakiś czas ręką na mijające mnie samochody. Oczywiście wszystkie były już zajęte. Udało mi się coś złapać dopiero w połowie dorgi, zaraz przy Harold’s Cross. Wreszcie dotarlem do domu i od razu w kimę. Dobranoc.
















Ostatnie Komentarze