W okolicach Dublina, na północ od portu znajduje się miasteczko o nazwie Howth. Polecane przez wszystkich dzięki swojemu niezwykłemu położyniu na półwyspie. Po kilku tygodniach planowania i wymuszonego przez deszcze rezygnowania wreszcie udało nam się tam wybrać. Wstaliśmy w sobotę z samego rana o 10, umyliśmy się, zjedliśmy jakieś szybkie śniadanie i w drogę!
Najpierw niestety czekała nas mordercza niemal godzinna jazda do centrum miasta, skąd następnie czekała nas droga podmiejską kolejką do Howth. Patrząc na mapę spodziewaliśmy się kolejnej godziny, ale na szczęście pociąg nie musi stać w korkach, więc na miejscu byliśmy już po 20 minutach. Z góry przepraszam za brak konkretnych nazw różnych miejsc w Howth, lecz niestety nie mieliśmy żadnego przewodniak czy to w postaci papierowej czy w postaci zasobów ludzkich.
Już po drodze gęby nam się uśmiechały od ucha do ucha na widok morza i powiewająch na niebie latawców do Kiteboardingu. Piękna słoneczna pogoda dodawała wszystkiemu niezwykłego uroku. Po drodze mijaliśmy kilka domów, które wyglądały leciutko na bańkę każdy. Wreszcie dojechaliśmy do stacji i zaraz po wyjściu zobaczyliśmy kilka małych knajpek, a później całe ich zatłoczenie, jedna przy drugiej. Wszystko położone w odległości maksymalnie 100m od morza. Tuż obok pubów, kawiarni i restauracji jest przystań, w której cumuje około dwustu jachtów. Zaraz za nią ciągnie się wał przeciwsztormowy z deptakiem, z którego z jednej strony rozciąga się widok na dwie położone blisko wysepki, z drugiej natomiast widać cypel ze szczytem, na stokach którego położonych jest kilka najokozalszych willi w miasteczku.

Na końcu deptaka znajduje się latarnia morska. To tyl deptaku. Po przeciwnej stronie na wzgórzu widać bunkier z punktem widokowym oraz ruiny jakiegoś kościoła. Niestety nie chciało nam się wdrapywać na górę by to lepiej obejrzeć. Napewno to nadrobimy następnym razem. W ten sam dzień odbywało się w miasteczku jakieś międzynarodowe targowicho kulinarne, gdzię można było spróbować i kupić przede wszystkim przetwory owocowe. Swoje wyroby prezentowali między innymi włosi, którzy są tutaj na każdym rogu, oraz francuzi. Ci drudzy oczywiście nie omieszkali pochwalić się swoimi wypiekami. Naszą degustację ograniczyliśmy jedynie do gorącej czekolady, którą oczywiście musiałem uświnić swoją piękną nową kureczkę. Na szczęście toalet w okolicy nie brakowało, więc plama zeszła w mig. Później jeszcze tylko spacer po plaży i powrót do domu. Z opisu wydaje się to wszystko na kilkadziesiąt minut spacerku, ale wierzcie mi, że mniej niż cztery godziny tam się nie da spędzić.
Pociąg z Howth jeździ regularnie co dwadzieścia minut, więc nie ma co się martwić rozkładem jazdy. Po około pół godziny byliśmy znów w centrum. Zatłoczonym masakrycznie przez weekend’owe wyprzedaże i powrót kibiców z meczu gaelickiego footballu. Mają tu niezłego fijoła na tym punkcie. Po drodze zrobiliśmy jeszcze jakieś zakupy i poszliśmy na przystanek. Jak na złość autobus przyjechał po chyba pół godzinie. Ścisk jak cholera, ale dojechać trzeba. Po powrocie do domu byliśmy już tak wykończeni, że nawet zbytnio nam się gadać ze sobą nie chciało, a po godzinie byliśmy już w łóżku. Padliśmy na pysk.
Nie możemy się doczekać kolejnego wypadu. Może tym razem Blackrock…
Tutaj znajdziecie zdjęcia z wycieczki.
















Ostatnie Komentarze