No i to by było na tyle wolności kawalerskiej, dzisiaj przylatuje “żona”. Po wielu zaciekłych bojach telefonicznych, obaw i stresów związanych z przeprawadzką, wreszcie Ala wsiada w samolot i leci do Dublina. Bardzo niechętnie, pełna złości i niepewności, bliska kilka razy rezygnacji z wyjazdu, ale jednak! Z mojej strony też nie było lekko. Ciągłe dwa tygodnie zapewniania, że wszystko będzie dobrze, znajdzie pracę, ułoży się itp. Zeżarłem masę nerwów i napewno mam już wrzody żołądka. No ale to przecież faceci są źli, a klobiety święte. Dlaczego w takim razie, to my schodzimy o wiele częściej na zawały niż one? No ale ja nie o tym miałem pisać. Wróćmy do tematu.
Ala miała przylecieć dopiero o 22:30. Zanim odbierze torby i dojdzie do wyjścia będzie conajmniej 23:00. Było jeszcze gorzej! W ciągu ostatnich dwóch tygodni na dublińskim lotnisku były dwa alarmy bombowe, z czego jeden prawdziwy. Ładunek znaleziono i zdetonowano. Po tych zdarzeniach władze postanowiły na lotnisku trzepać wszystkich przylatujących, czgeo wcześniej nie było. To oczywiście wpłynęło na czas oczekiwania, który wydłużył się do godziny i piętnastu minut! W końcu o godzinie 23:45 wyszła Ala. Zmęczona bardziej odprawą niż samym lotem. Na szczęście mój szef się nad nami zlitował i postanowił (wręcz się uparł), że wynajmie nam hotel koło lotniska, żebyśmy nie musieli w nocy się szlajać po mieście (uprzedzając niektórych pytania, nie, nie pojechał mi po wypłacie). Musze przyznać, że czegoś takiego w życiu bym się nie spodziewał po jakimkolwiek szefie. Hotel nie byle jaki, czterogwiazdkowy Clarion. Dobrze, że wcześniej postanowiłem go poszukać, bo o drogowskazy z lotniska za bardzo nie zadbali. Na szczęście do hotelu mieliśmy 10 minut wolnym spacerkiem. Później już tylko miły wieczór i wytęskniona noc u boku wspaniałej i pięknej kobiety.
Na drugi dzień w hotelowej restauracji otrzymaliśmy śniadanie wliczone w cenę pokoju. Bardzo dobrze zaopatrzony szwedzki stół. Najedliśmy się do syta, wypiliśmy kawkę i pojechaliśmy wreszcie do domu. Przez całą drogę Ala niewiele powiedziała bo, jak twierdziła, ogląda miasto. Niech jej będzie. Ja nie mogłem się doczekać widoku jej twarzy jak zobaczy osiedle, dom i sypialnię. Reakcja oczywiście była mniej okazała niż przypuszczałem, aż w końcu musiałem się spytać, czy jej się w ogóle podoba. Potwierdziła, ale jej wyraz twarzy mówił raczej “nie robi to na mnie większego wrażenia”. Może ja się nie znam lub jestem przewrażliwiony. Tak czy inaczej, można było wreszcie odpocząć, a Ala mogła się rozpakować i urządzić. Po jakimś czasie postanowiliśmy wyjść z domu, żebym mogł pokazać Ali okolicę, jak się poruszać, jakimi autobusami gdzie jeździć itd. Żeby nie tracić czasu, Ala wzięła ze sobą cały stos CV i poroznosiła po okilicznych sklepach, pubach, barach i restauracjach. Po ładnych kilku godzinach łażenia wróciliśmy wreszcie do domu. Na drugi dzień już wszystko zaczynało wracać do normy, ja poszedłem do pracy, a Ala do komputera i miasta w celu dalszego szukania pracy.
















Ostatnie Komentarze