Na drugi dzień w Dublinie miałem wreszcie zobaczyć pierwszy raz swojego nowego szefa i przekonać się czy w rzeczywistości jest tak samo miły jak przez telefon i maile. Zadzwoniłem do niego, umówiliśmy się, że podjadę jak nabliżej firmy i on mnie gdzieś odbierze. Umówiliśmy się w miejscu najbardziej charakterystycznym dla każdego mieszkańca tej planety – McDonaldzie! Przyszedł Jack (tak ma dyrcio na imię), poznaliśmy się i dostałem najlepszy prezent na irlandzki klimat, czyli firmowy parasol. Później poszliśmy do firmy, załatwiliśmy kilka spraw papierkowych i zaczęło się szukanie mieszkania.
Dzwoniliśmy i pisaliśmy gdzie się da, niestety okazało się to nie takie proste. Pomimo, że w każdym z ogłoszeń była wymieniona możliwość wprowadzenia się natychmiast, to w rzeczywistości okazało się to jednym wielkim castingiem na lokatora. Nie dość, że robili straszne ceregiele w umawianiu się na oglądanie mieszkania, to nie wystarczyło to, że byłem na dane mieszkanie zdecydowany. To właściciel potrzebował jeszcze kilku dni na zdecydowanie się, któremu kandydatowi wynająć chatkę. W sumie to się nie dziwię skoro zwykłe mieszkanie potrafi tu kosztować 500.000 euro. Tak, tak, pół miliona euro za zwykłe mieszkanie! Dobrze, że u Grześka mogłem się zatrzymać na kilka dni, ale jednak dojeżdżanie codziennie do pracy po dwie godziny nie było fajne. Na szczęście mój nowy szef się nade mną zlitował i powiedział, żebym zaczął pracę w przyszłym tygodniu i teraz skupił się na znalezieniu jakiegoś lokum. Minął już prawie tydzień, a tu nic! Kolejna przysługa, tym razem od znajomych, którzy mieszkają całkiem blisko firmy. Pozwolili mi zostać u nich nawet i miesiąc jakbym potrzebował. Pozwoliło mi to zacząć normalnie pracować i na spokojnie poszukać miejsca dla siebie.
Dopiero po kolejnym tygodniu udało mi się znaleźć mieszkanie, które mi odpowiadało i przede wszystki to ja odpowiadałem wynajmującemu. Cała heca polegała na tym, że przez telefon rozmawialiśmy po angielsku dopóki nie spytał o moje imię. Wtedy już odezwał się po polsku “Zapraszam po ósmej”. Obaj się trochę uśmialiśmy. Koleś okazał się inżynierem ze Szczecina (znowu) projektującym systemy wodno-kanalizacyjne w domkach i mieszkaniach. Siedzi i dłubie w Autocadzie to, że tak powiem, prawie kolo po fachu. Pogadaliśmy, powiedział, że da mi odpowiedź w niedzielę (był piątek) bo ma jeszcze kilku chętnych. Odpowiedź dostałem już w sobotę rano, więc porządnie odetchnąłem po tym całym cyrku. Mieszkanie bajerka, nie ma co gadać. Konkretna sypialnia z wielkim wyrem, ogródek, wszystko nóweczka, bo sam domek ma może z dwa lata. Chatka do obejrzenia w galerii.
















Ostatnie Komentarze