Wybaczcie, że piszę z takim opóźnieniem, ale brak mi na to czasu i nie raz chęci. Piszę dosłownie z doskoku, więc mogą pojawić się jakieś literówki czy inne błędy. No nie ważne, do roboty!
Lot z Londynu do Dublina przebiegł bez żadnych problemów, był wręcz usypiający. Po wylądowaniu miało mnie odebrać dwóch kumpli, z czego jednemu miałem dać wcześniej strzałkę, że doleciałem. Strzałki nie mogłem puścić, bo oczywiście zapomniałem uruchomić roaming w swoim telefonie. Na szczęście przy wyjściu był salon Vodafon, więc szybko kupiłem kartę i zadzwoniłem do obu kumpli. Drugi twierdził, że nie widział mnie jak wychodziłem. No trudno. Ważne, że się odnaleźliśmy.
Po wyjściu z lotniska wsiedliśmy do piętrowego autobusu, żeby dostać się do centrum miasta. Pierwsze wrażenie Dublin zrobił na mnie ogromne. Wspaniała architektura, wszędzie w miare czystko, a napewno o wiele czyściej niż w Polsce i przede wszystkim mili ludzie! Wszyscy na ulicy mówią z uśmiechem proszę, przepraszam, dziękuję. Coś niesamowitego i niespotykanego często na polskich ulicach. Bardzo miła odmiana od posępnych min ze wzrokiem mówiącym “Nienawidzę całego świata”.

Centrum miasta wygląda pięknie, stare budynki, odnowione, zadbane, po prostu tak jak powinna wyglądać wizytówka miasta. Przez środek miasta przepływa rzeka Liffey, która z samego rana podczas odpływu wygląda jak wielkie bagnisko, ale już po południu zachwyca swoim urokiem. My musieliśmy się dostać na O’Connel Street i przejść przez most o tej samej nazwie (na zdjęciu). Niestety na zwiedzanie pierwszego dnia nie było czasu, bo musieliśmy dojechać do domu Grześka w Maynooth, jakieś 30 km od Dublina, a wieczorem mieliśmy jeszcze wrócić do centrum, żeby przyjść do jednej z miliona knajp na imprezkę, którą prowadził Robert Siwy Nowak z byłego szczecińskiego radia ABC. Nie wypadało nie przyjść, więc pomimo zmęczenia ruszyliśmy swoje leniwe tyłki. W Posiedzieliśmy tam około dwóch godzin, bo później musieliśmy się załapać na nocny autobus, a jakbyśmy się spóźnili to na następny byśmy musieli czekać do czwartej rano. Jakoś dotarliśmy do Maynooth i padliśmy na mordy ze zmęczenia.
Tak minął pierwszy dzień w Dublinie.
















Ostatnie Komentarze