Wylot miałem z gdańskiego lotniska im. Lecha Wałęsy. Ciekawe jak to jest mieć lotnisko nazwane swoim imieniem jeszcze za życia. No nic, całe stadko ludzi mnie odprowadziło, było mi i przyjemnie. Później odprawa i sruuu, już mnie nie ma. Każdy kto już wcześniej latał mówił mi, że lądowania są o wiele trudniejsze od startów. Dla mnie jako samolotowej dziewicy było odwrotnie, przy starcie na szczęście tylko chwilow zmieniałem kolory na twarzy, natomiast lądowanie było całkiem przyjemne. W samolocie były to tylko trochę drobnym turbulencji, nic wielkiego. Pogoda piękna za oknem, więc i fotek kilka porobiłem. Po około dwóch godzinach przyszedł czas na lądowanie na londyńskim Stansted. Jeśli ktoś nazywa Luton kurnikiem, to powinien się wybrać w podróż przez Stansted. Dopiero zrozumie co to jest kurnik.
Po wylądowaniu oczywiście okazało się, że zapomniałem włączyć roaming, tak więc musiałem skorzystać z uprzejmości czyjegoś telefonu, żeby znaleźć się z kumplem, który miał mnie odebrać. Na szczeście szybko poszło. Wyściskalismy się i do samochodu. Jazda była całkiem przyjemna, cały czas autostradą do samego Southampton. Na miejscu wiadomo, obiadek, piwko itd. Wybraliśmy się z kilkoma piwkami na “plażę”. Napisałem w cudzysłowiu, bo była to zbieranina mułu, błota, kamieni i glonów ze względu na odpływ. Widok niestety też nie za ciekawy. Po drugij stronie zatoki (chyba to była zatoka) widniały kominy, fabryki i takie tam. Najbardzij rozbroił mnie widok Anglików, którzy przyjeżdżali tam tylko po to, żeby… siedzieć w samochodach! A były ławeczki. Nie rozumiem ich. Podziwiam natomiast ich zapał do kibicowania. Flagi Anglii wisiały dosłownie wszędzie! I to nie jakieś tam chorągiewki, niektóre były wielkości prześcieradeł. Samochody wyglądały dosłownie jak choinki. Chorągiewki na antenach i w szybach, wisiorki pod lusterkiem, naklejki, gadżety i obowiązkowa flaga pod tylną szybą. Wszystko w narodowych barwach Anglii. Po przegranej z Portugalią chyba ogłosili żałobę narodową!
Na drugi dzień miałem wylot do Dublina, niestety też ze Stansted. Wyjechaliśmy odpowiednio wcześnie, żeby się nie spóźnić na odprawę. Niestety szczęście nie mogło trwać wiecznie. Na autostradzie zaskoczył na taki korek, że postaliśmy sobie ponad półtorej godziny! Później w ogromnym pośpiechu, gnałem z walizami przez pół lotniska, tylko po to, żeby zobaczyć na tablicy odpraw, że się spóźniłem… 5 minut. Dół jak ch… ale się nie załamałem. Znalazłem kasę Ryanair (jedyne co lata z Londynu do Dublina) i spytałem o najbliższy wylot. Okazało się, że jest za trz godziny z Luton. Odetchnąłem tym bardziej, że pan w kasie był na tyle uprzejmy, że zamiast sprzedać mi nowy bilet za całą kwotę, to mnie tylko przebukował. Cała przyjemność z opłatami kosztowała mnie 40 funciaków. Nie tanio, ale lepsze niż cały bilet. Tym bardziej, że nie w przedsprzedaży. Na Luton dojechaliśmy sobie spokojnie i bezstresowo. Zaskoczył nas parking, który faktycznie wyglądał jakby tam tylko pasących się krów brakowało. Z parkingu zabrał nas autobus, a na lotnisku, to już bajka. Wszędzie porządek, wszystko ułożone jak trzeba, do znalezienia bez najmniejszego problemu. Ogólnie w porównaniu ze Stansted niebo a ziemia! Do tego na całym lotnisku jest bezprzewodowy Internet, więc mogłem wszystkim dać znać, że żyję i nic mi nie jest. Posiedzieliśmy, zjedliśmy coś, kawka i niestety pożegnanie. Jednak pomimo tych problemów, które mnie spotkały, będę mile wspominał pobyt w Anglii. Dzięki Oom, dzięki Gosia. Mam nadzieję, że teraz to wy odwiedzicie mnie w Dublinie.
















Ostatnie Komentarze